Recenzje

Katja Kettu "Ćma" - Grażyna Zgubińska  DKK dla dorosłych - styczeń 2018 r.

Ćma, Motyliok, Yöperhonen – motyl

W różnych konfiguracjach ten owad jest obecny w książce. Spina klamrą bunt w radzieckim łagrze, wierzenia starożytnego ludu Mari, jest czeremiskim – maryjskim symbolem duszy ludzkiej.  Nauka o owadach entomologia fascynuje jedną z bohaterek książki - Vernę, ćma towarzyszy śmierci innego – Henrika  Malinena.

Książka obfituje w symbole. Szachownica- zdrajczyni, wstydu, zapisana wnukowi przez dziadka w testamencie. Gra w szachy- zwycięstwo czy wygrana daje możliwości osiągania celów: gra o życie pomiędzy Alieksiejem  i Olgą Siemionowną- lekarką, gra o łup – kto posiądzie rodzącą Irgę, szachownica  stojąca na stole chaty w Ławrze pomoże zgadnąć, że stara Elna to w rzeczywistości Irkku .

Znakomity przekrój historyczny przez dzieje Związku Radzieckiego, Finlandii i republik autonomicznych pod butem radzieckiego  i postradzieckiego imperializmu. Doskonałe wkomponowanie wierzeń Komiaków, Czeremisów, Samów i Skoltów , rzeczywistość przenika się z mistycyzmem, szamanizmem, , z obrzędami związanymi z porami roku, wiarą w leśnych bogów, z ofiarami ze zwierząt, a z drugiej strony te magiczne aspekty uzasadniają wydarzenia zachodzące w książce.

I nade wszystko realistyczny obraz radzieckiego obozu pracy, przeganianie więźniów do łagru, katorżnicza praca w kopalni, bestialska hierarchia obozowa, zdrada i – na przekór temu okrutnemu

światu – przyjaźń, miłość i narodziny nowego życia.

Katja Kettu uwiodła mnie swoim poetyckim językiem, zaciągnęła w osobistą krainę fascynacji szamańskimi wierzeniami, zawiodła do miejsca katorgi mojego dziadka, nazwą wsi Ławra odrodziła prawie już wymarłe nazwisko przodków – Ławryk. Urzekła namacalnie porywającym aktem seksualnym przy świętym gaju, prostotą miłosnych słów.

Choć wiele obrazów jest brutalnych, z książki bije siła przetrwania, choć tajemna władza roztacza się nad Rosją i współcześnie, a Wowa – diabelski pomiot Keremeta steruje światem według swoich szaleństw, to nadzieja na pokonanie trudności i wygraną w każdej z ludzkich rozgrywek dodaje wiary Czytelnikowi na osobiste sukcesy.

Koniec recenzji. Luźne uwagi:

1.Autorka wykorzystała autentyczne zainteresowanie świata skandynawskiego i nadbałtyckiego wynarodowieniem Maryjczyków przez  prezydenta  o rosyjskich korzeniach, nieznającego realiów i potrzeb, zamykającego maryjskie szkoły, zakazującego używania rodzimego , starożytnego języka w urzędach. Skandynawska inteligencja i przywódcy Estonii, Litwy, Łotwy, Finlandii, Szwecji podpisali się pod petycją zwracając uwagę świata na tę tematykę.

2.Nasikać na ziarno jęczmienia, jeśli wykiełkuje oznacza ciążę

3.Krajka, zawiązanie węzłów czterech wiatrów plus zaklęcia wzywa na pomoc starożytnych bogów matki.

4.Czy w komunizmie jest choć odrobinę cieplej?

5.Dostojewski: „W miejscu , w którym umarł Bóg, może zdarzyć się cokolwiek”

6.„Boskość jest jak zbieranie w lesie prawdziwków. Najpierw człowiek ich wypatruje, szuka, nie znajduje ani jednego grzyba. Potem siada na skraju pnia, by odpocząć, przestaje próbować. I nagle krajobraz się otwiera. Kępy i obrzeża ścieżki pełne są gołąbków, rydzów, kurek. Boskość jest obecna”

7.Czemu Lenin nosił sztyblety, a Stalin buty z cholewami ? Bo za czasów Lenina Rosja była zalana gównem tylko do kostek.

8.365 zimowych dni, a w pozostałe panuje wyłącznie upał.

9.Bolszewizm – buraczana wersja prawdziwego europejskiego komunizmu.

10.Oblanie Kasparowa keczupem- obraz sytuacji współczesnej Rosji- upokorzenie i przemoc wobec rozumu i kultury.

11.W języku rosyjskim nie występuje w ogóle czasownik „być” w czasie teraźniejszym

12.Szczęście jest jak parszywa suka, trzeba ją bić i smagać, żeby było posłuszne.

13.To zawsze lubiłam w motylach: trzepotanie skrzydeł i to , że mogą zabłądzić. I to , że można je sklasyfikować. Złapać w pułapkę i przyszpilić do tablicy wiszącej na ścianie. Ale tu, w Mari El, nauczyłam się, że motyl może być duszą śpiącego człowieka.

14.Kostia do wojska dostał oprawiony w ramki artykuł o kobiecie ostatniej z Kamasyńców, która już od początku lat pięćdziesiątych nie mogła porozmawiać z nikim w swoim języku.

To prawda, ostatnia Kamasynka zmarła w latach 80-tych!

15.Gdy wszyscy noszą maski, to jest bezpiecznie, bo są one oczywiste i stają się niewidoczne. Ale jeżeli jakaś osoba nie chce niczego i nie musi zakładać maski, to wtedy rodzą się problemy. Jeżeli ktoś jeden się nie maskuje, to maski zostają odkryte.

16.Majowie uważali motyle za dusze zmarłych odwiedzające swoich krewnych. Podobnie przekonanie istnieje w Meksyku. Również w wierzeniach Słowian dusze zmarłych przedstawiano pod postacią motyli bądź świetlików.

 

Recenzja nagrodzona w konkursie "Dwa Bratanki - odkrywamy literaturę węgierską w Polsce"!!

Grażyna Zgubińska
Andrea Tompa – Dom kata

Andreo!

Pozwól, że  będę mówiła Ci po imieniu. Zresztą … i tak jesteś młodsza ode mnie.

Tyle emocji wniosłaś w moje życie swoją  historią  ( czy na pewno swoją? tak, na pewno !) , historią swojej żydowsko – węgierskiej rodziny. Wplotłaś tę opowieść w burzliwą historię Waszego miejsca na mapie Europy na przestrzeni ostatniego stulecia. Zmieniały się granice i ośrodki władzy, a wy tkwiliście w swoim gnieździe – Kolożwarze, obserwując zmiany nazw ulic, obowiązującego języka, prawomyślnego wyznania...
Piszesz o tym wszystkim z dumą, niepokojem, tęsknotą i udręką, z pamiętliwą pamięcią o doznanych razach, a jednak próbujesz zrozumieć, wybaczyć, darować krzywdy... Przytaczasz listy Twojego ojca  do brata , historie Twoich  przodków,  losy kolejnych przyjaciół i wychowawców , zmuszonych do emigracji w poszukiwaniu wolności słowa i godnego życia, okupione tęsknotą do bliskich miejsc i ludzi...
Trzeba , Andreo, wielkiej odwagi, żeby zmierzyć się ze wspomnieniem o alkoholizmie ojca, z przekonaniem, że pomogłaś mu umrzeć, że okradłaś go tuż przed śmiercią...
A ja , popatrz, na początku Twojej historii zazdrościłam Ci Twojego powodzenia u facetów, Twoich pięknych gęstych włosów, Twoich szalonych pomysłów na protesty wobec szkolnego reżimu, zazdrościłam Ci statusu małoletniej gwiazdy w lokalnym światku teatralnym. A kiedy w połowie lat siedemdziesiątych byłam nad morzem w Rumunii, zazdrościłam Waszemu krajowi pogody, pięknych plaż, klimatu. Wówczas nie wiedziałam, że wyjazdy z Kolożwaru są ściśle reglamentowane, że łatwiej dostać się nad rumuńskie Morze Czarne gościom z Polski , niż przeciętnemu obywatelowi Twojego państwa. Nie wiedziałam, że te słoiki z jogurtem i gęstym zsiadłym mlekiem, które w nadmorskich sklepach wydawały się rarytasem, były nim także dla większości Twoich znajomych.
Swojej książce nadałaś tytuł „Dom kata”. Nazwałaś ją tak na cześć swojej ojczyzny rządzonej przez przywódcę narodu, dyktatora, czy jak go tam zwał... W żadnym miejscu nie nazywasz go po imieniu. Nazywasz go Jednouchym (czy dlatego, że na szkolnych fotografiach przedstawiano go zawsze z tej samej  strony?), katem (justitae executor), a nawet, kiedy już zmieniła się sytuacja, kiedy ścigano go, informujesz, nie bez emocji, że jest osaczony, że go osądzą w imieniu narodu, ale unikasz imienia i nazwiska. Andreo, czemu tak? Czy jego imię dla wszystkich było tak oczywiste, że nie czułaś  potrzeby nazywania go?
Czy to z lęku? Czy też tak był znienawidzony, że aż nie godzien by go tytułować jego własnym imieniem?
A potem, kiedy symboliczny dom kata runął wraz z przewrotem, domagasz się, żeby kat natychmiast wykonał wyrok..i to Ty chcesz być katem...
Twój przejmujący obraz z dzieciństwa... Bocian z kulą u nogi...wiele mówi o świecie, w jakim żyłaś...Wydaje się , że powinnyśmy mieć te same doświadczenia, a jednak patrz, u nas system aż tak nie bolał...
Opowiadasz swoje życie jednym tchem, każdy kilkunastostronicowy rozdział to jedno zdanie. Czasem się gubię, ale podoba mi się Twoja emocjonalność, czuje się na każdej kartce, że to Ciebie dotyczy, że Ciebie obchodzi, choć  nie identyfikujesz się z główną bohaterką poprzez użycie pierwszej osoby, piszesz „ona”, a nie „ja”. Czy tak jest Ci łatwiej chwycić dystans do tej przejmującej spowiedzi?
I wiesz, popłakałam się ze wzruszenia, kiedy Twoja babcia wyciągnęła ze strychu starannie przechowywaną węgierską narodową suknię, żeby powitać w niej nowy czas. I jeszcze ta dbałość o stare węgierskie domy z ogrodami, wyburzane przez władze pod nowoczesną zabudowę...
Andreo.. Nie wiem, czy poleciłabym komukolwiek Twoją książkę z dopiskiem „ Poczytaj, to świetne”. Twoja książka jest trudna, wyjątkowa i bolesna. Ale dziękuję Ci za nią. Wniosła w moje życie nowy, nieznany mi zupełnie obraz rzeczywistości węgierskich rodzin  oddzielonych od bliskich i od Węgier jakimś bezdusznym traktatem. Chciałabym z Tobą o niej porozmawiać. Tylko w jakim języku? Znasz ich tyle... Może po rosyjsku?
 

Recenzja książki László Darvasi „Kwiatożercy”
Autor recenzji : Grażyna Zgubińska

Kwiatożercy to głębokie poetyckie wspomnienie o niepoetyckiej  historii powstańczego węgierskiego zrywu - Wiosny Ludów z roku 1848.
Tragiczne doświadczenia tego okresu na długo odcisnęły swoje piętno na życiu  mieszkańców Cesarstwa  Austro-Węgierskiego.
Bohaterowie László Darvasiego nie mogą odnaleźć się w działaniach wojennych i przemianach społecznych, tracą zmysły, zdrowie, życie. Kiedy już dotykają granic szaleństwa, lekarstwem na największą rozpacz i samotność staje się jedzenie kwiatów, ich liści, płatków, łodyg. Pożeranie kwiatów ma też swoje przenośne przesłanie: tak jak idące na popas krowy pożerają krokusy i stokrotki, tak władze austriackiego cesarstwa pożerają kwiat węgierskiego ludu.
Autor posługując się baśnią (czy stworzoną przez siebie, czy wywodzącą się z węgierskiej ludowości?) tworzy postaci współżyjące z ludźmi od setek lat, a wraz ze zmieniającym się światem coraz bardziej  ignorowane przez racjonalne społeczeństwo.  Na skraju prawdy i baśni wciąż jeszcze żyją uwrażliwieni na zjawiska przyrody ludzie, którzy po śmierci przenoszą się do baśniowego świata. Przesłaniem powieści jest myśl, że świat uratują ci, którzy z niego wypadli, że ich brak stanie się oknem, przez które można ujrzeć prawdę.
Epokowe wynalazki, życie na styku wielu kultur i narodowości w tyglu cesarstwa, oprawione cygańską mitologią i wolnościowymi ambicjami Węgrów, brak chronologii, ciekawe spojrzenie na te same wydarzenia oczami najważniejszych bohaterów- to przesądza o wyjątkowości tej baśniopowieści. Tu nic nie jest oczywiste, żadna historia nie kończy się tak, jak Czytelnik mógłby przewidywać. Miłość, śmierć, wiara w moce nadprzyrodzone i baśnie, głęboka więź z naturą, folgowanie żądzom, abstynencja, radość życia i pokora. Człowieczeństwo według recepty doktora Schütza.

 

Arkusz odpowiedzi do quizu Miesiąc Języka Ojczystego - pobierz

 

Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami"

Elegancka rękawiczka na wysuszonej gałęzi, barwi biel okładki  soczystym kolorem.

Zagubiona? Porzucona? Samotna...A może powieszona przez znalazcę z nadzieją, że odnajdzie ją ten, kto jej potrzebuje, że ktoś za nią tęskni...

I górna gałązka z niedopowiedzianymi pączkami, bo czy zasychają? Albo może za chwilę pokryją się srebrnym meszkiem?

To rysunek na okładce. Ciąg dalszy „Dziewczyny z zapałkami” jest spowiedzią młodej kobiety zatrzaśniętej w niedobranym małżeństwie, jak kluczyki zatrzaśnięte w samochodzie. Bez wybicia szyby ani rusz.

Od pierwszego dnia małżeństwa, do którego uciekła przed rodzicami, do przedostatniej strony przez książkę przewala się wycie kobiety tęskniącej za pełnią bliskości w związku. Zamiast tego dostaje samotność, wrzaski, w najlepszym razie  niezrozumienie.  Można się od tego zapaść w siebie, dostać depresji, uciec w alkoholizm, co też bohaterka czyni, a to oczywiście  pogłębia dysonans w relacjach z domownikami. 

Już Dziecko Nenek spostrzega, że mamusia śmieje się tylko ustami. Inni natomiast dostrzegają tylko wydelikaconą, goniącą za pieniędzmi i wygodami kobietę. 

Bohaterka- autorka- stawia Wszechświatu pytania o sens istnienia, o sens spotkania w życiu Człowieka Jej Życia, który nie sprawdza się w tej roli. Pyta o Wieczność, o Boga, o Miłość i Macierzyństwo. Z odpowiedzi, które przychodzą jej do głowy nic pokrzepiającego wynika.  Doprowadza się do stanu, w którym podstawowe czynności sprawiają trudność. Dochodzi do dna rozpaczy. Staje na krawędzi życia i woła o swoją tożsamość.

Wyzwalają ją listek lubczyku i proroczy sen ,  kobieta decyduje się na życie sama ze sobą, nie przeciwko komuś i z jakiegoś powodu, tylko dla siebie samej.  Ostatni akord jest jednocześnie spełnieniem i zaprzepaszczeniem, śmiercią i narodzinami. Kobieta odchodzi od męża i dzieci , by posklejać swoją kobiecość i swoją duszę. 

Książka przesmutna, choć pełna autoironii i spostrzeżeń o przewrotności losu . Czasem półgębkiem można się uśmiechnąć...A jednocześnie to książka pełna nadziei, że pomimo upadku można wstać, pozbierać skorupy i posklejać na nowo, albo wyrzucić je i sprawić sobie nową siebie.

Bohaterka mieszkała koło nas, w Gdańsku, napotykając na podobne do naszego pokolenia trudności egzystencjalne, a jej przemyślenia o miłości, samotności, pisaniu listów i postrzeganiu kosmosu są mi tak bliskie, że wolę się do tego nie przyznawać.

Grażyna Zgubińska

 

Tove Jansson "Wiadomość"

A kiedyś myślałam, że pisze po fińsku...

Pisać o tomiku opowiadań to kwestia wyboru. Czy wybrać te opowiadania, które najbardziej zapadły w serce czy pamięć? Czy też pokusić się o syntezę całości?

Tytułowa „Wiadomość” przemyka przez większość nowelek, wiele z nich zawiera ją czy to w formie listu, smsa, czy w postaci rozmowy telefonicznej, albo nagrania na automatycznej sekretarce. Oprócz tego motywu znajdujemy w całym tomiku  doświadczenia życiowe i osobiste przemyślenia autorki. Tove Jansson często wykazuje niepokój o losy świata, zaplątanego co i rusz w jakieś wojny. Z historii zaczerpniętych z życia  krewnych , artystka wyciąga nieoczekiwane wnioski, którymi dzieli się z czytelnikiem. Jest mistrzynią obserwacji.
Jej opowiadania są przepełnione uczuciami , jakie wiążą ludzi. Czasem ludziom trudno jest żyć ze sobą, ale mimo tego, a może właśnie dlatego  tęsknią, domagają się uwagi, są zazdrośni o siebie nawzajem i o czas spędzany z innymi („Dom dla lalek”), z za bardzo oddalającym hobby, cierpią z powodu bylejakości relacji. W wielu historiach autorka  porusza temat samotności z wyboru („Wiewiórka”), zwłaszcza samotności artysty, który potrzebuje wolności tworzenia, a jednocześnie łaknie obecności  ludzi,  z których czerpie swoje natchnienie. Mówi o wrażliwości artysty, który kocha i jednocześnie nienawidzi to, co robi, czasem czuje się wyzuty z siebie, sprzedany na potrzeby machiny mass mediów. I o tym, że niekiedy ucieka przed własną twórczością („ Rysownik”) , ale przed samym sobą uciec się nie da... W „Podróży z małym bagażem” z kolei ucieka  od ludzi, od natręctwa i wciskania innym własnych problemów. „Wiadomość” jest jakby dopowiedzeniem, że artysta przestaje być anonimowy,  czytelnicy uważają go za powiernika, kasę zapomogowo-pożyczkową, psychologa...
Tove Jansson pisze o miłości do kraju, a jednocześnie krytycznie go ocenia - ciemno, zimno, szaro („Wiosną”) . Pisze o ludziach, których się kocha, a jednocześnie od nich stroni („Robert”, „Córka”).
Pisze o związkach homoseksualnych, w których uczucia miłości, tęsknoty i cierpienia są tak samo żywe , jak w związkach heteroseksualnych.
Wiele miejsca poświęca podróżom. Naliczyłam co najmniej dziesięć opowiadań o tej tematyce. Mówią one  o czekaniu na spełnienie marzeń. Marzenia czasem się spełniają , a czasem nie, a bohaterowie przekonują się, że wytęskniony świat nie jest taki cudowny, jak się spodziewali, odkrywają nieznane dotąd prawdy o sobie nawzajem.( Wielka podróż, Podróż z Konicą , Cmentarze, Podróż na Lazurowe Wybrzeże, Podróż z małym bagażem, Obrazy, Listy, Historia miłosna, Mały letnik, Łódka i ja).
Tove Jansson ma niezwykły dar nazywania świata i relacji międzyludzkich w najprostszych, zwięzłych i  dobitnych słowach. Kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że właśnie tak bym określiła tę i tę sytuację., że to moje słowa czy myśli Autorka sobie zapożyczyła i zapisała. Pewnie dlatego, że w jej twórczości tkwi głęboka mądrość, ponadnarodowa i ponadczasowa.

A myślałam, że pisze po fińsku, okazuje się jednak, że pisze w międzynarodowym języku, pełnym wrażliwości i niepokoju. Po prostu po ludzku.

Grażyna Zgubińska

John Green "Szukając Alaski"

Wiele osób jest samotnych. Poszukują przyjaciela w ludziach, ale i zwierzętach czy uzależnieniach. Kumpelą na całe życie może być literatura, a w niej książka. ,,Szukając Alaski” została moją nową przyjaciółką.

,,Szukając Alaski’’ – książka wyglądająca jak każda inna. W bibliotece nie przykuwa uwagi przechodzących osób. Warto jednak dowiedzieć się, że skrywa w swoim wnętrzu pełną wrażeń, ale także bólu, historię dwóch nastolatków. 

Głównym bohaterem jest Holden, uczący się w Culver Creek. Na jego drodze pojawia się Alaska – dziewczyna niezwykła, uwodząca swoją urodą. Wraz ze swoimi przyjaciółmi przeżywają chwile godne zapamiętania. Razem poznają to, jak wiele można zdziałać z kimś. W pewnym momencie wszystko ulega zmianie…

Holden nigdzie nie może znaleźć Alaski. Trwają kolejne minuty, a jej nie ma. W ciągu kilku sekund świat chłopaka rozsypuje się. Alaska nie żyje. Życie przestaje mieć jakikolwiek sens, bo to ona nadała barwy każdej chwili na ziemi, to ona pokazała Holdenowi jak należy korzystać z życia.

 ,,Szukając Alaski” – to (nie)zwykła książka. Jest opowiadaniem o prawdziwej przyjaźni i trudnych chwilach. Warto żyć, bo każdy najmniejszy moment posiada odrobinę piękna i może nas uszczęśliwić.

Warto przeczytać tę książkę, ponieważ jest jak każda inna. Różni się tylko tym, że ma w sobie część każdego z nas.

 

Colleen Houck "Klątwa tygrysa"

Miliony wydarzeń pozornie niepowiązanych. Szereg uczuć, które przy bliższym spotkaniu układają się w logiczną całość. Niebezpieczna a zarazem potężna miłość naznaczona łzami bólu i cierpienia.

Hinduski książę uwięziony w ciele białego tygrysa, który wygląda jak ucieleśnienie greckiego boga Apollo – Piękny, gorący, spontaniczny, czasem władczy.

Nadzwyczajna w swojej przeciętności dziewczyna. Z pozoru niczym się niewyróżniająca.

Jednak, kiedy poznaje Dihrena tworzy się między nimi niewytłumaczalna więź. Kelsey dowiaduje się, że jest wybranką bogini Durgi. Zostaje przed nią postawione niebezpieczne zadanie. Zbyt niebezpieczne jak na osiemnastolatkę. Stawiają ją niejednokrotnie w trudnej sytuacji wyboru, pokazują rzeczywisty świat, a zarazem przestrzegają przed jego okrucieństwem. W jej rękach spoczywa los nie tylko jej samej, ale także tych, na których najbardziej jej zależy.

Rodzące się głębokie uczucie, które z czasem funkcjonuje, jako destrukcyjne źródło szczęścia i pradawna klątwa wywraca jej świat do góry nogami. Czasami rzeczywistość mocno przyciska ją do ziemi, jednak Kelsey jest w stanie oderwać od niej stopy i nieustannie iść dalej.

Czy znajdzie w sobie na tyle odwagi i siły, by odwiedzić najmroczniejsze, pełne niebezpieczeństw miejsca i uwolnić ukochanego ze szponów bezwzględnego czaru?

Czy wytrwa do końca w walce o człowieczeństwo Rena?

Jak wiele jest w stanie poświęcić dla miłości?

 

Danny Wallace "Charlotte Street"

Ile razy oceniamy książkę po okładce? Wydajemy osądy zanim zagłębimy się w treści. Czasem sama okładka, sam opis, sugerują nam treść. Otwieramy pierwszą stronę i ... No właśnie. Na okładce dziewczyna w czerwonym płaszczyku. Pod tytułem napis "co zrobić, gdy czujesz, że przypadkowo spotkana osoba może być miłością twojego życia?" Całą chwilę stałam przy półce, próbując zdecydować czy mam ochotę zagłębić się w treść. Na pierwszy rzut oka, wyglądała na banalny romans. Ona gubi aparat, on szuka jej by go oddać, zakochują się w sobie i żyją długo i szczęśliwie. "Charlotte Street" Dannego Wallace jest inna. Jest jednak zupełnie inna.

"Charlotte Street" to opowieść o życiu. O poszukiwaniu wartości, o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Przezabawna, pełna delikatnej ironii, opowiedziana oczami faceta po trzydziestce historia, o poszukiwaniu siebie. Książka, w której główny wątek wydaje być się obocznym, mnożą się niejasności, a wszystko zdaje się układać dopiero wtedy, gdy Jason, główny bohater, zaczyna odnajdywać się w życiu i to w momencie, w którym wszystko zaczyna się sypać. Bohaterowie książki to zwyczajni ludzie. Tacy jak my. Popełniają błędy, próbują znaleźć się w świecie ... to tylko dodaje im uroku. Sprawia, że są nam bliżsi. Rozumiemy ich rozterki, bo są nam bardzo bliskie. To książka, która uzmysławia nam, jak ważna jest droga do celu. Nie cel, sam w sobie, ale droga właśnie. Jak ważne jest to, by zrobić kolejny krok. By znaleźć w nim sens, i odwagę. By spróbować.

Ileż ja się naśmiałam czytając, ile razy potakiwałam znad stron kartki, tak, jakby bohater widział i wiedział, że doskonale go rozumiem.  Ile razy, chciałam pacnąć go tą książką po głowie, wskazując odpowiedni kierunek,  pytając, co robisz? Co ty człowieku robisz! Zamknęłam ją, z delikatnym uśmiechem na ustach. Historia lubi zataczać koło ... .

Jak zakończyły się poszukiwania Jasona? Tego, dowiecie się, sięgając po książkę.  To lekka i przyjemna lektura, którą z czystym sercem mogę polecić każdemu.  Jest idealna na jesienną chandrę. Książka o zwykłym facecie, który ma zwyczajne życie i jeden, mały przebłysk szaleństwa. Bo jak inaczej nazwać poszukiwanie dziewczyny, którą widziało się tylko kilka sekund, a jedyną wskazówką jest zwykły,  jednorazowy aparat fotograficzny?  Nic więcej Wam nie zdradzę.  Reszty, musicie dowiedzieć się sami ... .

 

Maxime Chattam "Diabelskie zaklęcia"

Niedawno przeczytałam bardzo interesującą książkę pt. „Diabelskie zaklęcia”. Jest to ostatnia część trylogii autora Maxime Chattama, której głównym bohaterem jest Joshua Brolin były inspektor portlandzkiej policji, a obecnie prywatny detektyw.

W tej powieści nasz główny bohater zostaje wciągnięty w śledztwo, które ukazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Na początku służby leśne znajdują w dzikiej głuszy martwego mężczyznę z twarzą wykrzywioną z przerażenia. Żadnego śladu morderstwa. Potem nocą, znika kilka kobiet. Żadnego śladu porwania ani włamania, osamotnieni mężowie spali głębokim snem i niczego nie widzieli. Joshua Brolin i jego przyjaciółka  Anabell O'Donnel, inspektor nowojorskiej policji muszą stawić czoło niewiarygodnemu zbrodniarzowi, który pragnie unicestwić mieszkańców Portland, sięgając po narzędzia rodem z najstraszliwszego koszmaru.

Joshua i Anabell są głównymi bohaterami tejże książki. Joshua jest charyzmatyczną, nieznoszącą sprzeciwu osobą, która podczas prowadzonego śledztwa kieruje się zdobytym doświadczeniem. Nigdy nie kieruje się uczuciami, które mogłyby zburzyć jego logiczny osąd. Posiada mózg analityka, który pomaga mu dostosować się do każdej sytuacji i wyciągnąć z niej właściwe wnioski.

Anabell jest zupełnym jego przeciwieństwem. Jest osobą miłą i empatyczną ale gdy sytuacja ją do tego zmusza potrafi być stanowcza i nieustępliwa.

Anabell i Joshua są jak ogień i woda. Mimo tak wielu różnic w ich charakterach dobrze się dogadują i wzajemnie się uzupełniają.

Postawa obydwu postaci wzbudza w czytelniku pozytywne emocje, ponieważ mimo tak wielu przeciwności losu i czyhającemu wszędzie niebezpieczeństwu są nieugięci i za wszelką cenę chcą złapać osobę, która jest za to wszystko odpowiedzialna.

Klimat książki jak przystało na thriller jest mroczny i wzbudzający grozę, strach u czytelnika. Bardzo dokładne opisy sekcji zwłok, sposobów dokonywania zbrodni, czy też stanu ofiary mogą zaszokować czytelnika, ale także pobudzić jego wyobraźnię i dzięki temu zachęcić do dalszej lektury.

Przeplatające się na początku ze sobą różne wydarzenia mogą zdezorientować czytelnika ale autor dzięki temu zabiegowi przeprowadza go przez kolejne strony książki co w rezultacie daje pełne zrozumienie toku powieści. Autor zgrabnie łączy tropy śledztwa i zaskakuje do samego końca. Warto docenić również warstwę faktograficzną, która niekiedy powoduje u czytelnika tzw. „gęsią skórkę”.

Książka trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Do samego końca autor wodzi czytelnika za nos. Otóż wyjaśnia nam kilka kwestii, by następnie podsunąć pod nos kolejne do rozwikłania zagadnienia i tak aż do końca powieści.

Zakończenie może zaszokować czytelnika i wprawić w osłupienie ale prawdopodobnie taka była intencja autora. Alternatywne zakończenie tej powieści zmusza czytelnika do myślenia.

„Diabelskie zaklęcia” jest to thriller, który zmusza do refleksji nad życiem i jego aspektami. Jest to pozycja, która zadowoli każdego miłośnika gatunku. Polecam tą powieść wszystkim którzy lubią poczuć dreszczyk emocji.

 

Oliver Bowden "Assassins's Creed: Bractwo"

W ostatnich dniach przeczytałam bardzo ciekawą książkę pt.: „Assassins's Creed: Bractwo”, która napisana jest na podstawie bestsellerowej gry firmy Ubisoft – Assassin's Creed. Autorem tejże książki i innych z tej serii jest Oliver Bowden.

Głównym bohaterem powieści jest Ezio Auditore, mistrz assasynów, który chce uwolnić spod jarzma tyrani Borgiów Rzym, niegdyś potężny, dziś leżący w ruinie. Miasto zalewa cierpienie i nędza, a obywatele żyją w strachu. By sprostać wyzwaniu, Ezio będzie musiał użyć wszystkich swoich sił. Cesare Borgia, człowiek jeszcze bardziej niegodziwy i groźny niż jego ojciec, papież, nie spocznie, póki nie podbije całej Italii. A w tak zdradzieckich czasach intrygi czają się wszędzie, nawet w szeregach Bractwa.

Ezio Auditore de Firenze włoski szlachcic, członek Bractwa Assasynów jest bardzo doświadczonym zabójcą, któremu nie straszne jest żadne wyzwanie. Korzysta on z bardzo dużego arsenału broni, dzięki któremu może unicestwiać swoich wrogów w bardzo spektakularny sposób. Ilość spisków, zabójstw i zdrad w które wplątany jest nasz główny bohater sprawia, że historia nabiera tempa od samego początku i wciąga czytelnika w świat w którym trwa wojna między Assasynami i Templariuszami.

Akcja powieści toczy się w renesansowych Włoszech, a konkretnie w Rzymie. Szczegółowy opis otoczenia pozwala czytelnikowi w pełni poddać się duchowi tych czasów. Autor także poświęca dużo uwagi samej akcji i wyczynom akrobatycznym bohatera. Bardzo ciekawym aspektem tej książki są opisy walk. Jak można się domyślić Ezio używa całego dostępnego arsenału jaki ma przy sobie co sprawia, że walki są bardziej efektowne.

Pozytywnym elementem tej powieści jest to, że występują w niej postaci, które autentycznie żyły w tamtych czasach m.in. Leonardo Da Vinci czy Niccoló Machiavelli. Bohaterowie drugoplanowi posiadają tak ciekawe osobowości, że czytelnik z niecierpliwością oczekuje ich ponownego pojawienia się.

Osoby, które grały w AC: Bractwo mogą czuć się trochę zawiedzeni tym, że pisarz mocno trzyma się fabuły ukazanej w grze i nie ma zbyt wiele nowych wątków, ale książka może także stanowić miłe uzupełnienie gry. Dzięki niej można jeszcze lepiej poznać przygody Ezia i jego towarzyszy.

Mimo, że książka jest dość długa to wciąga już od pierwszych stron. Jest napisana prostym językiem co sprawia, że czytelnik w pełni może oddać się biegowi wydarzeń zawartej w tejże powieści. Ciekawym zabiegiem jaki stosuje autor jest to, że co pewien czas wprowadza słowa i frazy w języku włoskim, przypominające o pochodzeniu głównego bohatera.

Książka „AC: Bractwo” jest to wspaniała historia, która oddaje w pełni klimat tamtych czasów. Mimo, że główny bohater jest zabójcą to wzbudza sympatię u czytelnika. Każdego fana gatunku mogą zafascynować losy Ezia i jego towarzyszy. Akcja, ciekawe tło historyczne i bohaterowie, czynią z tej powieści dobre źródło rozrywki. Tytuł ten mogę polecić wszystkim wielbicielom gry, a także wszystkim fanom tego gatunku.

 

Agnieszka Drotkiewicz "Dla mnie to samo"

Książkę „Dla mnie to samo” Agnieszka Drotkiewicz napisała jako 25 latka. Wydaje się zbyt młoda, aby tak bardzo być  pozbawioną złudzeń co do relacji międzyludzkich . Nie znajdujemy w książce  trzpiotowatości należnej wiekowi, jakby pisarka boleśnie zaznała co najmniej cząstki tego, o czym pisze.

Chcemy więcej niż dajemy, dajemy mniej niż możemy. Partolimy to co mamy, tkwiąc w ciasnym gorsecie pokoleniowych przykazań, albo dla odmiany za wszelką cenę zdzieramy z siebie te gorsety, raniąc przy okazji uczucia innych. Nie dbamy o bliskich, których wszakże chcemy mieć blisko siebie i którzy dają poczucie sensu. Uciekamy w nałogi, cierpiąc z braku pięknych relacji.
Oto z grubsza przesłanie autorki.
Książka mocna, taka, która boli, której nie chce się czytać na dobranoc, bo sypie sól na rany, bo rani uczucia, bo jest jak plaster zdzierany bez żadnej delikatności.
Relacje są przerysowane, ale od tego jest książka, żeby krzyczeć w imieniu tych, co krzyczeć się boją. Ludzie tak przecież żyją, choć to nie norma, ale też codzienność naszych wzajemnych odniesień.
Autorka jest obecna w książce, a to jako narratorka, a to jako moralistka. To, co ma do powiedzenia  kreśli w wyjątkowy sposób - krótkimi, niepokojącymi zdaniami. Dostarcza ostrego ładunku emocji. Posługuje się „testem na osobowość”, niesztampowym, ale - podobnie jak w kobiecych magazynach - dość tendencyjnym.
W książce  nie znajdujemy zbyt wielu  gotowych rozwiązań na udane życie. Chociaż... autorka ulega takiej  pokusie, kiedy w usta prostolinijnego taksówkarza wkłada gotową odpowiedź na pytanie o to, jak żyć:. „No jak to jak: trzeba się cieszyć. Jedzeniem. Codziennie.”

Grażyna Zgubińska

 

Haruki Murakami "Na południe od granicy, na zachód od słońca"

„Może byłoby lepiej dla nas obojga, gdybyśmy się nie spotkali” – to mój ulubiony cytat z książki. Szczególnie zapadł mi w pamięci. Ile razy każdy z nas zastanawiał się, czy byłoby lepiej: gdybym o tym nie wiedział, gdybym o tym nie pomyślał, gdybym tego nie powiedział, gdybym tego nie zrobił? Niezależnie od tego, cały czas jednak dowiadujemy się, myślimy, mówimy i robimy. Dążenie do zaspokojenia ciekawości, odkrywania nieodkrytego, jest tak silne, że choć wiele razy mówiliśmy: Nigdy więcej!, ponownie przekraczamy granicę.
Przed takim wyborem stanął Hajime, człowiek sukcesu, właściciel jazzowego klubu. Ma 37 lat, jest mężem Yukiko i ma dwie córki. Kiedy jedną z nich odwiezie do przedszkola, chodzi na basen i siłownię, aby utrzymać w formie „starzejące się” ciało. Jest właścicielem domku letniskowego w Hakone. Dopełnieniem wszystkiego są dobre stosunki z teściem. To dzięki niemu rzucił pracę w firmie i otworzył własny interes. Stał się człowiekiem sukcesu – elegancki, wyrobiony, dobrze ubrany (chciałoby się jeszcze dodać: „młody, wykształcony, z dużego ośrodka”). Wieczory spędza na doglądaniu swojego lokalu.
Czy Hajime jest szczęśliwy? Nie. Sukces nie jest w stanie zagłuszyć kryzysu wieku średniego. Hajime jest wypełniony „nieskończoną pustką”, „nicością”. Tą samą, którą dostrzegł w oczach Izumi, dziewczyny, którą zdradził w czasach liceum. Choć jego życie wydaje się być idealne to jednak czegoś w nim brakuje, jednego składnika – nieosiągalnego ideału. Tytuł jest nieprzypadkowy, gdyż to nieodgadnione „coś”, ukryte jest właśnie „na południe od granicy, na zachód od słońca”. Gdzie dokładnie? To wie już tylko każdy z nas. Także Hajime. Owo „coś” czeka w jakimś miejscu, świecie marzeń, wymyślonym i niekoniecznie mającym wiele wspólnego z rzeczywistością. W przypadku naszego bohatera ta „kraina” znajduje się w jego przeszłości, latach beztroskiej młodości i prawdopodobnie ma związek z jego pierwszymi doświadczeniami seksualnymi.
Hajime nie jest wolny od zmartwień i poczucia winy. Jego młodość przypadła na lata sześćdziesiąte. To wtedy, jego pokolenie buntowało się i gardziło „logiką kapitalizmu”.  W jaki sposób Hajime odniósł sukces? Zaprzeczając swoim przekonaniom – idąc na skróty, dzięki wsparciu finansowemu teścia. Tym samym on sam stał się częścią świata, który odrzucał i to wywołuje u niego moralny dylemat. Szybko go jednak zagłusza, bo takie życie jest dla niego wygodne i nie chciałby znów mieć dwudziestu paru lat. Na domiar wszystkiego, właśnie wtedy pojawia się w jego życiu Ona – Shimamoto-san.
Była jego najbliższą przyjaciółką z podstawówki. Byli do siebie bardzo przywiązani. I Hajime, i Shimamoto byli samotnikami. Ona, z powodu przebytej choroby, nie uczestniczyła w wielu zabawach w szkole. Choć spędzali ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę, nie doszło między nimi do cielesnego zbliżenia. Ich ulubionym zajęciem było słuchanie piosenki Nat King Cole’a – South of the Border (Na południe od granicy). W tamtym okresie brzmiała ona bardzo tajemniczo – co tam jest? Później okazało się, że jest to „tylko” Meksyk – zwykły Meksyk. To jej wyznał miłość. Kiedy poszli do różnych szkół średnich, więzy zostały zerwane.
Shimamoto, ponownie, pojawia się w życiu Hajime przypadkowo, bo takie można odnieść wrażenie. Pewnego dnia na chodniku dostrzegł kobietę podobną do niej. Nie daje mu to spokoju i podąża za nią: „Czy to Ona? To niemożliwe”? Gdy już ją doganiał powstrzymał go nieznany mężczyzna, który sądząc, że Hajime to prywatny detektyw, dał mu 100000 jenów. Ów człowiek ostrzegł, żeby przestał ją śledzić. Przypomniał sobie o tym zdarzeniu, kiedy pojawiła się w jego życiu po ośmiu latach. Miało to miejsce w pewną deszczową noc. Była nieprawdopodobnie piękna. W jej opisie Murakami używa środków, które powodują, że naturalne u Czytelnika jest przywołanie własnego wyobrażenia ideału kobiety (przypuszczam, że także u Czytelniczek). Wyrosła na piękną, uwodzicielską kobietę. Dzięki zabiegowi chirurgicznemu przestała kuleć. Shimamoto nalega, żeby nie zadawał żadnych pytań o lata, kiedy się nie widzieli, więc wie o niej tyle, ile dowiedział się w dzieciństwie. Zwracają się do siebie jak szóstoklasiści, przez co Murakami prawdopodobnie chciał dać do zrozumienia, jak istotne są dla dorosłego Hajime idealizowane czasy dzieciństwa.
Shimamoto jest dla Hajime zagadką. Posiada wyolbrzymione cechy wszystkich innych ludzi. Jest ona zbiorem jego spostrzeżeń na jej temat. Jemu to jednak nie przeszkadza. Wydaje mu się, że ją zna, bo w końcu zna związane z nią powierzchowne fakty. Jakie ona może kryć przed nim tajemnice, skoro jest mu bardzo bliska, być może nawet dalej ją kocha? To wszystko nie ma znaczenia, bo sama jej obecność jest dla niego koniecznością, warunkiem który ponownie nadał jego życiu sens i treść. Co warte jest jego życie bez niej? Czy zdobędzie się na odwagę, aby dla Shimamoto poświecić wszystko – rodzinę, stabilność, a nawet własne życie? Jak zakończy się jego wewnętrzna walka z kryzysem wieku średniego?
Dużą część fabuły zajmują doświadczenia seksualne nastoletniego bohatera. Może to być dla Czytelnika sporym zaskoczeniem, zwłaszcza dla kogoś, kto nie miał wcześniej kontaktu z taką literaturą (w twórczości Murakamiego nie jest to wyjątek, takie opisy znajdziemy chociażby w „Kronice ptaka nakręcacza”, czy „Norwegian Wood”). Jakkolwiek opisy miłosnych uniesień uznamy za realne, „Na południe od granicy…” jest powieścią pozostawiającą wiele wątpliwości. Trudno uwolnić się od pytania: co było w niej „realne”? Co wydarzyło się „naprawdę” w życiu Hajime? Czy może mamy do czynienia z obłąkanym bohaterem?
Z pewnością wszystko, co zawarte jest w książce, wyobraził sobie Haruki Murakami. W ostatnim okresie stał się moim ulubionym pisarzem. Odpowiedzi nie są aż tak istotne, jak cel, jaki prawdopodobnie założył sobie japoński autor. Największą wartością jego pracy jest to, iż rozpatrując różne warianty – co jest „prawdziwe” dla Hajimego – niekontrolowanie pytamy samych siebie: „Co jest „prawdziwe” dla mnie”?

Tomasz Wojciechowski
 

Alice Munro "Taniec szczęśliwych cieni" 

Opowiadania Alice Munro przypominają nieco klimaty i miejsca z „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Przygód Tomka Sawyera”, ale też filmiki komediowe z Charlie Chaplinem w roli głównej, w których mimo komediowego nastroju- historia jest raczej gorzka niż śmieszna. W wydaniu Alice Munro protestantyzm, pseudo szczęśliwe i pseudo wyrozumiałe społeczeństwo oraz niedzielne szkółki w rzeczywistości pełne są plotek i zawiści oraz purytańskich konwenansów, jakby autorka wytykała kanadyjskiemu społeczeństwu takie zachowania. Z drugiej strony opowiadania przesycone są miłością do wspomnień i krajobrazów, tradycji i starych zwyczajów, do świata dzieciństwa, który zaginął w wyniku nieodwracalnych przemian. Wiele w nich wątków autobiograficznych, jednak przeczuwa się, że życie jest życiem , a literatura literaturą, jak mówi sama pisarka.

Opowiadania cechuje smutek, pewność braku happy endu, egzystencjonalne przekonanie, że w realnym świecie nie ma miejsca na szczęście.

Alice Munro używa prostego języka, nie stosuje żadnych fajerwerków, z rzadka okrasza swoją prozę cytatem z łaciny czy też tytułem znanej lektury. Bohaterowie są zwyczajni, wykonują prozaiczne czynności, samo życie: warunki higieniczne często rażą, z kart wyłania się trud pracy, znój biedy, brud podłóg, woń potu czy ekskrementów, a przede wszystkim brak złudzeń. Albo też złudzenia gubią się w realiach życia , bez nadziei na poprawę losu, albo tylko z nadzieją na zapomnienie o krępujących czy niewygodnych historiach, w które wplątali się bohaterowie.

Oszczędność słowa i bolesna świadomość braku lekkości bytu, nieustanne przeczuwanie nadciągającej katastrofy- to charakterystyczny dla Alice Munro styl. Przed czytelnikiem otwiera się świat odległy od hollywoodzkich scenariuszy, zindywidualizowany, niepowtarzalny i wyjątkowy dla tej autorki. 

Grażyna Zgubińska

Inga Iwasiów „Bambino”

Na okładce okno podzielone małymi ramami szyb, z widokiem na morze przez jeden tylko niewielki przesmyk z powiewającą firanką. Jakby nawiązywało - okno - przez ów podział na mniejsze części, do wielowątkowości powieści, przez owo zamglenie - do nie do końca odkrytych losów bohaterów: Janka, Uli, Anny, Marysi, Stefana, Tomka, Magdy...

Z początku nie chciało się czytać. Zerwane zdania, niedomówienia, półsłówka, konspiracja jakaś… Ale z każdym przecinkiem stawało się jasne, że taki styl narracji jest wartością samą w sobie. Że nie mówi wprost, bo nawiązuje do atmosfery niepewności, półpewności, tajemnicy. Że powiela, powtarza, waha się nazywając, ponieważ chce utrzymać konwencję opowieści, gawędy, żywych wspomnień, przekazywanych przy lampce wina, albumie ze zdjęciami, podczas nocnych zwierzeń....

I odkrycie, że dotyczy wielkiej części współczesnych Polaków, przybyszów skądś, przesiedleńców, przedwojennych Niemców, którzy zostali w nowej Ojczyźnie na nieznanych warunkach, ludzi, którzy nie chcieli, nie mogli, ukrywali swoje pochodzenie; a potem potomków tych z poprzedniego pokolenia, i że pisarka pochyla się nad ich niepewnością, nad ich demonami, że dostrzega piętno bycia wyrwanym z naturalnego ekosystemu , a potem analizuje, jak to piętno zaraża kolejne generacje.

I można by tak w ślad za autorką prześledzić szczegółowo, że kolektywizacja , że wojna , że stalinizm i Solidarność, ale po co, dla jakiej przyczyny - prościej zachęcić do niełatwej lektury.

I nie szkodzi, że niełatwej, wszak nosi ślady naszej niedawnej, choć już przeszłości, tchnie klimatami dobrze nam znanymi - niezwykle wiernie oddaje zmieniające się poprzez dekady nastroje euforii, marazmu i bylejakości. Szczerze – jakby się na stronach książki osobiście przeżywało po raz wtóry tamten czas.

Można zadać pytanie, czemu to ma służyć? Czy tylko wspomnienia, czy tylko bolesna spuścizna? A może, żeby jak Ula, mieć nadzieję, że symboliczne miasto, budzące się do czegoś nowego, może nas ocalić? A może „najważniejsze, że ktoś o kogoś tak uparcie pyta?” A może „nawet, gdyby Bóg był za słaby” nie opuszczać bliskich? Pewnie każdy ma inną odpowiedź, pewnie każdy inną odpowiedź znajdzie w książce.

Grażyna Zgubińska

Richard P. Evansa „Obiecaj mi”

„Opowieść o obietnicach, których moc zdolna jest pokonać czas.” Tak zaanonsowana jest powieść Richarda P. Evansa „Obiecaj mi”. Z tyłu okładki – informacja, że to bestsellerowa powieść. Kolejna. Czyta się gładko, klarownie, lekko, mimo ważkich życiowych spraw, które porusza- śmierć , zdrada, ciężka, terminalna choroba... Właśnie „mimo”, bo szczerze przyznaję, że Evans jakoś mnie nie wzruszył. Czyta się to jak bajkę, która przecież się nie może wydarzyć, bo przecież przenoszenie się w czasie nie istnieje i nie ma możliwości zmiany zdarzeń , które już kiedyś zaistniały...

I tak chciałam zakończyć swoją relację z przeczytanej książki, gdy uświadomiłam sobie, że w dzieciństwie kochałam baśnie, że znajdowałam prawdziwą radość ze szczęśliwie zakończonych historii, że w życiu wielokrotnie marzyłam, żeby zdarzył się cud, a on się nie zdarzał...I że chyba zwyczajnie zgorzkniałam, banalizując szczęśliwe zakończenie.

A jeszcze i trafiła się myśl Menachema Begina: „Ktoś, kto nie zakłada, że może zdarzyć się cud , nie jest realistą”.

Otóż takie znajduję przesłanie w powieści Evansa, żałując przy tym, że nie udało mu się tak napisać swojej książki, żeby czytaniu jej towarzyszyło tyle emocji, co w dziecinnych latach podczas lektury „Królestwa Bajki” czy „Domu pod Kasztanami”.

Grażyna Zgubińska

Magdalena Tulli „Włoskie szpilki”

Treść książki „Włoskie szpilki” zaskoczyła mnie. Wydawałoby się, że tematy około II wojny światowej już przebrzmiały, nie są świeże i jakoś w ogóle nie są ważne. Tymczasem Magdalena Tulli wraca do tamtych czasów i do powojennego - jak sądzę – własnego dzieciństwa, jakby z postanowieniem wyjaśnienia, zrozumienia spraw, których umysł dziecka nie rozumie. Wraca do historii tej części Europy, odgrodzonej od tamtej drugiej części (lepszej, a może nie) żelazną kurtyną, historii, która wpływa na życie bezbronnego dziecka, ustawiając je w roli gorszej, innej, dziewczynki do bicia.

Magdalena Tulli, o dziwo, nie oskarża, nawet jakby usprawiedliwia to wszystko, co dotyka dziecko, wraca do siebie samej sprzed lat, żeby pogłaskać, przytulić, choć przez chwilę dać wsparcie samej sobie , a jednocześnie dziewczynce pozostawionej samej sobie. Relacje z matką , których nie ma, relacje z ojcem, którego nie ma, rodzina, skremowana podczas Holokaustu, szkoła, która swoją bezdusznością wprawia w podziw....

Magdalena Tulli zaskakuje dystansem do wydarzeń, które musiały boleć. I, przedziwnie - właśnie świeżością tematu.

Książka niełatwa. Mimo głębokiego osadzenia w czasie , akcja mogłaby z powodzeniem dziać się kiedykolwiek, zawsze bowiem można znaleźć ludzi nie pasujących do nikogo.

Grażyna Zgubińska

Janusz Głowacki "Good night, Dżerzi"

To książka o tym, jak Głowacki w Nowym Jorku tworzy scenariusz do filmu o Jerzym Kosińskim (na którego w tamtym środowisku mówiono Dżerzi). Ale według mnie nic z tego nie wyszło. Książka ma wiele wątków, jest chaotyczna. Nie dowiadujemy się o Kosińskim nic nowego, poza tym są to informacje skandaliczne, ale niesprawdzone. Natomiast sporo dowiadujemy się o amerykańskim świecie artystycznym, świecie producentów, bankietów, imprez, o tajnych klubach sado-macho itp. Nie wiemy dlaczego Głowacki napisał tę książkę. By nam udowodnić (bądź nie), że Kosiński wielkim pisarzem był? Czy aby go zdyskredytować. Nie można też nie zadać sobie pytania, że być może jest to książka o samym Głowackim-emigrancie, który emigruje z kraju by zostać sławnym? Kosiński, mimo swej skandalizującej biografii zdobył sławę - Głowacki również. czy ich drogi artystyczne są podobne? Nie wiem. W jakiś sposób Głowacki mierzy się z dokonaniami Kosińskiego. Książka ta nie stawia jednoznacznych odpowiedzi.

Mimo zachwytu licznych krytyków, nam ," klubowiczom " DKK książka nie podobała się. Książka wyłącznie dla wielbicieli Janusza Głowackiego!

Kamilla Knap-Wrześniewska

Eric E. Schmitt "Marzycielka z Ostendy", opowiadania

jest pisarzem, którego pisanie skłania do refleksji nad człowiekiem. Podoba nam się język, tematyka opowiadań. Pięć historii, które łączy poszukiwanie miłości i śmierci. Są to najczęściej portrety kobiet, które marzą, kochają, czekają i cierpią. Każda z nas kobiet, nie jest pozbawiona tęsknot i pragnienia miłości.

Janusz Wiśniewski "Zespoły napięć"

Książka Wiśniewskiego to opowiadania o kobietach. Od pierwszej do ostatniej menstruacji. Często ukazują smutną historię kobiet - jednak mimo swego tragizmu są poruszające. Opowiadają o naszych sekretach, pragnieniach, obawach. Są pełne wzruszeń (często do łez) i refleksji.

Oba zbiory opowiadań dobrze się czyta. Podobały nam się. A najlepsze w nich jest to, że o kobietach tak trafnie piszą mężczyźni. Jednym słowem - polecamy!

Kamilla Knap-Wrześniewska

Olga Tokarczuk „Bieguni”

Nie ulega wątpliwości, że książka jest dobrze napisana, dobrze opowiedziana. To liczne powieści w powieści. Mnogość wątków, chociaż bez głównych bohaterów. Powieść ta to nieustanny ruch, migracja. Fascynujący przewodnik po świecie. Zapis emocji od smutku po radość. Słowa autorki w powieści najlepiej to oddają:

"Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich jak ja - niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych (...)"

Kamilla Knap-Wrześniewska

Laurenta Gaude „Słońce Scortów”

Laurent Gaude (ur. 1972), francuski dramaturg i powieściopisarz, opublikował dotychczas kilkanaście sztuk teatralnych i trzy powieści: Cris (Krzyk, 2001), La mort du roi Tsongor (Śmierć króla Tsongora, 2002), przetłumaczoną na kilkanaście języków i wielokrotnie nagrodzoną, oraz Słońce Scortów (2004), za którą otrzymał najwyższe francuskie wyróżnienie literackie – Nagrodę Goncourtów.Książka z miejsca spotkała się z zachwytem czytelników i krytyki; znalazła się na trzecim miejscu listy najlepiej sprzedających się tytułów we Francji, a prawa do jej publikacji zakupiły dotąd wydawnictwa we Włoszech, Niemczech, Hiszpanii i Holandii.

„Słońce Scortów” to prosta, oszczędna w słowach opowieść o rodzinie, o walce z tym co nieuniknione. To saga o niezniszczalnych więzach rodzinnych i o ludzkich korzeniach. Bohaterami książki są dzieci skazane przez własnego ojca na ciężkie życie, aby w ten sposób odkupiły winę rodu i przywróciły mu dobre imię.

„Słońce Scortów” to pochwała życia, prawdziwa i piękna.

Kamilla Knap-Wrześniewska

Mikołaj Łoziński "Reisefieber" 

Biorę do ręki, delikatnie wyważam.... lekka, szybko pójdzie... Nic bardziej mylnego. Pomalutku i nieśpiesznie przebijam się przez strony słów , ważkich wydarzeń, trudnych emocji...Każde słowo, przecinek, spacja, jest w tej książce starannie wyważone, odmierzone, przemyślane i wpisane we właściwe miejsce. Nad każdym zdaniem zastanawiam się , analizuję i poszukuję istoty rzeczy. Od samej okładki (kto ją zaprojektował? Jest genialnie zwięzła i oddaje całą esencję książki...) do ostatniego zdania nie ma miejsca na przypadek.

Weźmy tytuł. „Reisefieber”. Jak go przetłumaczyć ? Gorączka podróżna? Gorączka Astrid Reis?Astrid Reis i gorączka jej syna? Pozornie banalna treść, a jakże staranny zamysł.

Tu chusteczka do nosa ma swoje miejsce, a cóż powiedzieć o innych, znacznie ważniejszych aspektach powieści...Tyle tu dokładnie przeanalizowanych wieloznaczności i niedomówień.

Książka Mikołaja Łozińskiego jest swoistym epitafium. Wspomnieniem o kobiecie, która żyjąc samotnie nie przekazała swoich historii najbliższym. Jej syn chce otworzyć (okładkowe) drzwi bez klamki, których już otworzyć się nie da, wrócić do miejsc na zawsze straconych, skleić historię, na klejenie której już za późno....Poszukując historii matki, szuka też siebie, swojego miejsca w jej świecie, ale też i w świecie w ogóle i widzi , że jedno z drugim łączy się i przenika nawzajem, że to, jaki jest , bierze początek w zdarzeniach łączących się z matką . Odkrywa, że choć żyjąc w oddaleniu od matki czuł się samotny, to tamta samotność była relatywna, śmierć matki bowiem pozbawiła go życia, choć ich życia oddaliły się od siebie tak bardzo i tak dawno...

Sądząc po dacie pierwszego wydania w 2006 roku Mikołaj Łoziński książkę „Reisefieber” musiał napisać jako co człowiek najwyżej 26 letni, młodzieniec wchodzący dopiero w życie. Jednak to , o czym i jak pisze wskazuje na niezwykłą dojrzałość, zaskakuje, zdumiewa wręcz. Pozwolę sobie polemizować z mistrzem Jerzym Pilchem, z jego stwierdzeniem, że książka Łozińskiego napisana jest z młodzieńczą brawurą i beztroską. Przeciwnie, młody autor z najgłębszą troską przygląda się relacjom ludzi, z dojrzałą rozwagą pochyla się nad lękiem umierających przed przyszłością, której dla nich nie ma i nad lękiem pozostających przy życiu- przed przyszłością bez najbliższych. Każdy wers jest przejawem dojrzałości i mądrości życiowej. Mogłabym przytaczać wiele cytatów, a każdy byłby adekwatny i na miejscu. Ten , kto mocno i głęboko doświadczył czyjegoś nieodwracalnego odejścia z tego świata, znajdzie w tej książce cząstkę swoich przemyśleń z tym odejściem związanych.

Atmosferę przenika okładkowa szarość , kolor topniejącego śniegu, ni to żałoby, ni to życia...Ale przez ostatnie akordy przenika nadzieja, delikatna i cieniuchna, tląca się i gasnąca raz po raz. Niech mi będzie wolno wpisać w tym miejscu myśl Ewy Wojdyłło: „Śmierć przypomina jak drogocenne może (powinno ) być życie”.

Grażyna Zgubińska

Iwona Słabuszewska-Krauze "Ostatnie fado"

Przypadkiem trafiła mi w ręce. Zachwyciła mnie okładka - widokówka wąskiej uliczki z ciasno przylegającymi do siebie kamieniczkami, z nieco wyzywającą, piękną dziewczyną na pierwszym planie. Ostemplowana pocztową pieczęcią z Lizbony, z bliżej nieokreśloną datą. Zachęcająca do podróży, do zajrzenia za róg, tak jak lubię, do odkrywania tego, co jest za najbliższym i kolejnym zakrętem.

Książka „Ostatnie fado” Iwony Słabuszewskiej-Krauze okazała się warta jeszcze więcej niż okładka- zachęca nie tylko do podróży. Zaprasza do rozwoju osobistego. Dopadła mnie nieodparta chęć zaprzyjaźnienia się z Portugalią, uświadomiła mi, jak niewiele wiem o tym odległym kraju.

A autorka maluje obrazy starych ulic i dzielnic Lizbony, prowadzi szlakiem starych tramwajów i katakumb, opowiada historie arcydzieł architektury i troszczy się o rozsypujące się domy, w których wciąż mieszkają staruszki i z których ścian odpadają fragmenty fajansowych mozaik. Zabytki stają się bohaterami , uczestniczą w życiu głównych postaci książki. A postaci tych jest wiele, pisarka bowiem zaprzyjaźnia nas z mieszkańcami Lizbony, z kioskarzem, z właścicielką piekarni, z poławiaczem dorszy, ze strażnikiem akweduktu....Pozwala nam wniknąć w ich codzienność, przez krótki czas wstawać i kłaść się w rytm ich spraw, zwyczajnych i wielkich zarazem.

Przez ulice i place oprowadza nas lizboński wieszcz Fernando Pessoa, a raczej jego duch i napisany przez niego w początkach XX wieku przewodnik . W małych casa tipica brzmią dźwięki fado. Powieść i bohaterów przenika saudade-melancholia Portugalczyków, „tęsknota za czymś, co odeszło lub czego nigdy nie było”...Ciepła, nostalgiczna aura, nieśpieszna akcja, afirmacja zwykłych spraw i więzi rodzinnych...I tajemnica z życia rodziny, zagadka kobiety z listów... I jeszcze dwaj mężczyźni, z uczuciami do których bohaterka próbuje się uporać podczas niezwykłego urlopu na końcu Europy i na początku drogi w nieznane....

Zajrzyj, co kryje się za rogiem starej lizbońskiej uliczki , włącz na „YouTube” klasyczny śpiew fado Amálii Rodrigues i przenieś się w inny wymiar. To urlop bez opuszczania domu.

Grażyna Zgubińska

Recenzja powieści „Młodość” J.M. Coetzee

Powieść „Młodość” autorstwa J.M. Coetzee jest w znacznej mierze autobiograficzna. Coetzee ukazuje głębokie rozterki młodego Afrykanera, związane z przepoczwarzaniem się z młodzieńca w dorosłego, pragnącego wziąć życie w swoje własne ręce. Historia toczy się w okresie zimnej wojny, we wczesnych latach sześćdziesiątych, w czasie atomowego wyścigu zbrojeń. Dla Afryki jest to okres pierwszych przejawów emancypacji , szczególnie w RPA, której obywatelem jest bohater.
Idealizm towarzyszący zwykle młodości, zderza się z pasożytnictwem dojrzałych Afrykanerów, żyjących dostatnio dzięki wyzyskowi czarnej większości.
Bohater za wszelką cenę usiłuje odciąć się od takich postaw, ale też od korzeni, wstydząc się swojego pochodzenia, rodziny, swojego kraju. Wyjeżdża do Londynu, spodziewając się znaleźć tam natchnienie, pracę, lepsze życie. Tymczasem dotyka go koszmar emigranta, obojętność i nadmierny dystans londyńczyków. Ma ogromne trudności ze znalezieniem grupy ludzi, ba , choćby jednostek mu podobnych, na których mógłby się oprzeć w nowym otoczeniu.
Do nikogo i do niczego nie pasuje, nawet te nieliczne istoty, które okazują mu zainteresowanie rozczarowują go bądź jest mu z nimi nie po drodze. Rozczarowuje się też samym sobą , popada w marazm, tygodniami nie ma się do kogo odezwać.
Kiedy wreszcie spływa na niego upragniony przebłysk twórczości, odkrywa, że jego świat jest tym, od czego tak bardzo chciał się odciąć, że autentyzm twórczości może jedynie osiągnąć pisząc z punktu widzenia Afrykanera, obywatela RPA.
Zastosowanie czasu teraźniejszego przez autora nieco zaskakuje, wszak jest to historia, czyli powinna się dziać w przeszłości. Ten zabieg literacki stwarza poczucie niekończącej się męki tworzenia , permanentnego trudu poszukiwania tożsamości, a w czytelniku potęguje uczucie przygnębiającej niemożności.
Powieść odsłania ukryty zwykle dla przeciętnego Europejczyka świat emocji białego człowieka w RPA w czasach świetności reżimu, a dla kobiety- odkrywa rzadko dostępny świat emocji młodego mężczyzny w nieudanych relacjach z płcią przeciwną.
Przeczytany po lekturze powieści artykuł o J.M.Coetzee, a właściwie o dziennikarce, planującej spotkanie z niedostępnym zwykle dla żurnalistów pisarzem, utwierdza w przekonaniu o hermetycznym świecie , w którym żyje i tworzy. Jakby sam kreuje swoje odizolowanie. Po takim „epilogu” nie dziwi nastrój panujący w powieści „Młodość”.

Grażyna Zgubińska DKK Lębork

"Intrygantki" E. E. Schmitt

Po przeczytaniu recenzji zamieszczonych w prasie i w Internecie z niedowierzaniem rozpoczęłam czytanie książki Erica- Emmanuela Schmitta. Co można napisać nowego o Don Juanie? Czego jeszcze nie czytaliśmy o miłości? Szatan? Temat stary jak świat, albo jeszcze starszy...Nie po raz pierwszy też artyści szukają odpowiedzi na pytanie , gdzie jest Bóg, kiedy ludzie ludziom czynią zło...

Ale autor zaskakuje . To, co nam przekazuje, jest nowatorskie.

Jeden wspólny tytuł dla czterech różnych historii nie do końca je ze sobą łączy. Akcje , miejsce i czas nie spajają. Intrygi – jak się zdaje, mają miejsce w trzech z czterech przedstawień: w „Nocy w Valognes” knowania przeciwko Don Juanowi łączą ofiary jego podbojów, w „Szatańskiej filozofii” Diabeł i jego podwładni za pomocą podstępu piszą scenariusz zwiększenia dynamiki wzrostu zła na Ziemi, nawet Bóg w przedstawieniu „Gość” umyślnie zmienia kierunek akcji.... Ale gdzie szukać intrygi w monologu „Knebel”?

Z pewnością wszystkie cztery przedstawienia łączą głębokie uczucia- miłość i nienawiść. A także dobro i zło, albo nawet uosobienie Dobra i Zła. Dzięki intrydze Szatana dowiadujemy się, czym jest zło, o którym filozofowie współcześni chętnie piszą , że jest względne, bądź pochodzi ze źródeł zewnętrznych. Bóg odsłania swoją słabość- miłość do człowieka, pomimo zła, którego człowiek się dopuszcza. Don Juan, symbol braku głębszych uczuć i mistrz uwodzenia bez zobowiązań, pod wpływem miłości, która owładnęła nim ku zdumieniu czytelników i niego samego, przeistacza się we wrażliwego, gotowego cierpieć, człowieka. Dawid, bohater monologu, wraz z miłością otrzymał śmierć, którą pragnąłby w imię tejże miłości przezwyciężyć. 

Głębokie , filozoficzne przemyślenia, docierające do samych trzewi czytelnika. Spostrzeżenia warte studiów uniwersyteckich, może dysertacji doktorskiej... Odpowiedź w prostych słowach na wątpliwości Kanta i Kartezjusza, na odwieczne problemy moralne człowieka.

Grażyna Zgubińska DKK Lębork

"Morze" John Banville 

Żeby nazwać powieść trzema słowami powiedziałabym: studium wielokrotnego osierocenia. Odejście ojca, śmierć dwojga przyjaciół, ich rodziców, na koniec żony. Ta ostatnia śmierć porusza bezustannie żywe struny w bohaterze, wraca do lat dzieciństwa i wczesnej młodości i dzieli się z czytelnikiem w sposób nieco ekshibicjonistyczny całym swoim pogmatwanym światem emocji.

Niekwestionowane bogactwo języka, które cechuje powieść Johna Banvilla, nie idzie jednak w parze z poczuciem smakowania przez czytelnika lektury. Mieszanka subtelnych metafor i eleganckich paraleli z gniewnymi i aroganckimi frazami, unurzanymi od czasu do czasu w fetorze i ekskrementach z lekka zbija z tropu , podobnie jak przenikanie się bez ostrzeżenia współczesności , niedawnej przeszłości i wczesnej młodości starzejącego bohatera. Liczne dygresje utrudniają trzymanie się jakiegoś wątku, choć, z całą pewnością można stwierdzić , że zabieg ten uwiarygadnia dramatyzm sytuacji, jakby pisarz nakreślił piórem przekrój przez skomplikowany mechanizm ludzkich nieuporządkowanych myśli.

Powieść przenika dojmujący smutek, wydaje się, że nie ma szans na znalezienie cienia optymizmu, bo wszystko kończy się nieuchronną stratą. Zanurzenie w morzu, jakby w śmierci, przekracza granice czasu od odległej śmierci przyjaciół do namacalnej śmierci żony...Powieść listopadowa.

 Grażyna Zgubińska DKK Lębork

Miejska Biblioteka Publiczna w Lęborku